„Pan aptekarz”! Brzmi pięknie i dumnie, prawda? Tak właśnie w okresie dwudziestolecia międzywojennego określano właściciela, dzierżawcę lub zarządcę apteki. Wedle obiegowej opinii był to człowiek bajecznie wprost bogaty, mogący pozwolić sobie na wille, automobile i wycieczkę aeroplanem do dalekich krajów… Dlaczego zatem wielu z tych „panów aptekarzy” nie było stać na… kilkuzłotową prenumeratę „Wiadomości Farmaceutycznych”?
W poprzednim, pierwszym odcinku cyklu „Aptekarski wehikuł czasu” przedstawiliśmy w krótkich słowach informacje na temat sytuacji polskiej farmacji w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Problemów było wówczas niemało: brakowało samorządu aptekarskiego, a skłóceni ze sobą właściciele i pracownicy aptek zaprzepaszczali szansę na reformę zawodu… Do tego dochodziły tysięczne kłopoty, oczywiste w państwie dźwigającym się z powojennej i pozaborczej ruiny, chcącym w ciągu dwudziestu lat nadrobić stracony wiek. Wszyscy jednak zakasali rękawy, budując II Rzeczpospolitą z podziwu godną determinacją!
Do elity młodego państwa należeli z pewnością farmaceuci, którzy – szczególnie na prowincji – promieniowali wiedzą, kulturą, towarzyską ogładą, społecznym zaangażowaniem, żarliwym patriotyzmem, empatią i wrażliwością na ból oraz cierpienie pacjentów. Mówiło się wówczas, że aptekarz to nie tylko inteligent, ale także człowiek co najmniej zamożny, a zapewne – bardzo bogaty. I rzeczywiście, właściciele aptek z „dobrą lokalizacją” w większych miastach, jak również właściciele tej jednej, jedynej apteki w małym miasteczku, radzili sobie zazwyczaj całkiem nieźle. Mogli pozwolić sobie na zakup kamienicy lub kamieniczki w której mieściła się apteka, mogli pod miastem pobudować piękny dom i zadawać szyku najnowszym samochodem, często jedynym w promieniu kilkunastu, a może nawet i kilkudziesięciu kilometrów. Ten i ów kupił obraz znanego malarza, a kredensy pełne były cennej porcelany! Większość „panów aptekarzy” wiodła jednak nędzny żywot, a ich rodziny pokutowały ubóstwem za wymarzoną, własną aptekę głowy rodziny… Czytelnicy „Aptekarza Polskiego” nie dowierzają tym słowom, prawda? Przedstawmy zatem twarde dowody.
„Nasza niedola”
Pod takim właśnie tytułem, w rubryce „Głosy Czytelników” („Wiadomości Farmaceutyczne” z 14 marca 1926), ukazał się list od jednego z prenumeratorów czasopisma. Zanim zacytujemy ten bardzo interesujący i symboliczny wręcz głos musimy przywołać wcześniejszy numer „Wiadomości Farmaceutycznych”, z 31 stycznia 1926. Pod tytułem „Parjasi inteligencji” opublikowano wówczas listy od aptekarzy, którzy tłumaczyli dlaczego… nie opłacają prenumeraty i nie przekazują ofiar pieniężnych w ramach organizowanych zbiórek! Wedle redakcji listy te stanowiły dowód, że alarm, na jaki wciąż bijemy, mówiąc o ciężkiem położeniu materjalnem aptekarzy, nie jest twierdzeniem gołosłownem, opartem jedynie na przypuszczeniach i domysłach.
Redakcja przekazała wyłącznie inicjały nazwisk autorów listów oraz w skrócie podała miejsca ich pracy, czytelnicy „Wiadomości Farmaceutycznych” nie musieli jednak zbyt długo się namyślać, aby potwierdzić autentyczność cytatów i rozszyfrować kto w rzeczywistości te listy pisał…
Przykuci prawem do swej apteki
I rzeczywiście, wiele z tych głosów było dramatycznymi wręcz świadectwami ówczesnych realiów życia „panów aptekarzy”, dla których prenumerowanie własnego pisma zawodowego staje się luksusem. (…) A przecież ci ludzie – podkreślała redakcja „Wiadomości Farmaceutycznych” –przykuci prawem do swej apteki, będący na usługi ludności o każdej porze dnia i nocy, powinni otrzymać odpowiednie za swą ofiarną prace wynagrodzenie, a nie powiększać szeregów malkontentów i przeklinać zawodu, któremu z zamiłowaniem się kiedyś oddali.
Aptekarz L.z miejscowości Sob. pisał: bardzo mi przykro, że nie jestem narazie w stanie zapłacić należności za prenumeratę „Wiadomości Farmaceutycznych”, gdyż jestem w stadjum likwidacji apteki, bowiem targi moje są tak nikle, że nie jestem w stanie dać utrzymania mojej rodzinie, oraz opłacić podatków. Jadę do Łodzi pracować, więc przepraszam, że narazie nie jestem w stanie uregulować rachunku, gdyż kilkaset złotych zmuszony jestem zapłacić za mieszkanie, a nie mam ich. L. zapewniał jednak: ureguluje rachunek później, jak zacznę pracować w Łodzi. Zechce przeto cierpliwie poczekać Sz. Administracja aż do czasu objęcia przezemnie posady.
Obecnie nie mogę sobie na tę przyjemność pozwolić…
Z kolei apt. K. w Woj. komunikował: przepraszam najmocniej za nieuregulowanie należności za „Wiad. Farm.” i „Bibljot. Farm.” za II i III kwartal b. r. Nadzwyczaj ciężkie czasy dla aptek nie pozwoliły mi dotąd wpłacić należności. Otrzymawszy w tych dniach przypomnienie od Panów, śpieszę akceptować należność, lecz takową wcześniej, jak na 1/XI uregulować nie będę w możności. Na przyszłość proszę nadsyłać tylko „Wiad. Farm.” i zmianę taksy.
W dalszej części listu K. wyjaśniał również dlaczego nie wpłacił stuzłotowego datku na Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej: co do cegiełki na L.O.P.P., to takowej się nie wyrzekam, lecz obecnie nie mogę sobie na tę przyjemność pozwolić. Przyrzekam najsumienniej wpłacić 100 złotych na tak wzniosły cel, lecz terminu wpłaty nawet ratami oznaczyć nie mogę. Od nowego 1925 r. w miasteczku, gdzie mam aptekę, niema lekarza, otoczony jestem znachorami, posiadającemi własne apteki, mając przeto w aptece 300-350 złotych targu miesięcznie, przy licznej rodzinie, czy mogę pozwolić sobie wydać w każdym czasie 100 zł.? Wpłacę takowe w przeciągu pól roku, wcześniej nie będę mógł.
Niebywały kryzys
Apt. J. B. w Por. informował z kolei krótko i bez zbędnych wyjaśnień: ostatnie kilka miesięcy przeżywałem niebywały kryzys tak dalece, że nie w stanie byłem zapłacić za prenumeratę
„Wiadomości Farmaceutycznych” – zarabiałem zaledwie to, co potrzebuję na b. skromne utrzymanie. Natomiast Apt. D. w Wiż. opisał powód braku uiszczania opłat znacznie obszerniej: z prawdziwą przykrością zmuszony jestem donieść WP.P., iż w dalszym ciągu wpłacać na Wydział po 5.50 zł. miesięcznie nie jestem w stanie, gdyż czynność w apteсе tak się zmniejszyła, że nie wystarcza wprost na utrzymanie skromne i niema żadnych widoków poprawy. Sądziłem, iż tylko letnie miesiące były krytyczne (w których obrót znacznie się zmniejszył), a z nadejściem jesieni, kiedy wieśniak będzie miał pieniądze, sytuacja się poprawi. Okazało się jednak inaczej: nadszedł październik, a sytuacja materjalna nietylko, że się nie poprawiła, ale wprost przeciwnie, coraz gorzej. Widoków poprawy niema prawie żadnych, proszę zatem uprzejmie o zwolnienie mnie ze składek.
Biegunowo odmienne ujęcie sprawy
Podobnych wypowiedzi „Wiadomości Farmaceutycznych” zamieściły znacznie więcej, darujemy jednak Czytelnikom tę przygnębiającą lekturę. Brzmiało to wszystko tragicznie i nie trzeba zbyt wielkiej wyobraźni, aby domyślać się, ile ludzkich łez i bólu stało za tymi słowami. A przecież takich „panów aptekarzy” było w całej II Rzeczpospolitej znacznie więcej!
Jakież musiało być zaskoczenie Czytelników „Wiadomości Farmaceutycznych”, gdy w numerze z 14 marca 1926 jeden z aptekarzy, kipiąc wprost energią i wiarą we własne siły, mocno potrząsnął tymi wszystkimi pokrzywdzonymi przez los kolegami! Ba, potrząsnął nawet i redakcją, która z pochyloną głową, pod tytułem „Nasza niedola”, przyznawała, że autor – apt. D. z J. –zaprezentował biegunowo odmienne ujęcie sprawy, które jednak nie jest pozbawione dużej dozy słuszności. Był to głos co się zowie, pełen siły i pozytywnych emocji, przywołujący do porządku wszystkich tych aptekarzy, którzy skłonni byli nadmiernie użalać się nad własnym losem, a czasem może i nawet… nieco dramatyzować! Posłuchajmy zatem, jak pocieszali się nawzajem nasi dawni poprzednicy i dowiedzmy się, jak brzmiały słowa, które potrafiły przełamać powszechną niemal rozpacz. Wsłuchajmy się w bardzo mądrą i głęboką logikę tego wywodu, zwracając równocześnie uwagę, że wiele z poniżej zacytowanych słów warto byłoby… powtórzyć również i dzisiaj!
W Nr. 5 „Wiadomości Farmaceutycznych” z dnia 31 stycznia r. b. przeczytałem listy, których autorowie skarżą się na ciężkie położenie materjalne aptekarzy, pisał J. Prawda, pоłożenie nie jest do pozazdroszczenia; ale to jeszcze nie dowód, aby opuścić ręce, zdać się na łaskę losu i czekać zmiłowania czy to ze strony rządu, czy organizacyj zawodowych, któreby w jakikolwiek sposób pomogły, wybrnąć z ciężkiej sytuacji.
To jakaś niezaradność, to niedołęstwo…
Cóż zatem proponował autor listu? Uważam, że na siebie przedewszystkiem liczyć należy i, jeśli apteka nie może dać dostatniego utrzymania, trzeba, mając dużo wolnego czasu, wziąć się do pracy, spokrewnionej z aptekarstwem. A to jest w zupełności możliwe. J. nie pozostawał przy tym gołosłowny: znam aptekarza prowincjonalnego – pisał – który wykłada nauki przyrodnicze w szkole rzemieślniczej, znam jednego, słyszałem o takich, którzy trudnią się wyrobem soków owocowych, wód mineralnych, odżywczych środków leczniczych, zakładają różne kooperatywy, w których znajdują zadowolenie moralne i pewne korzyści materjalne itd. Wszyscy ci koledzy dorabiają w ten sposób to, czego nie może im dać apteka.
Równocześnie nie zawahał się J. mocno skrytykować kolegów, którzy tak bardzo utyskiwali nad swym losem: rzeczą wprost nie do uwierzenia jest, by najgorsza z zapadłego kąta apteka nie mogła się zdobyć na prenumerowanie własnego pisma, t. j. na wydatek niecałych 3 zł. 50 groszy miesięcznie. To jest wprost śmieszne! To jakaś niezaradność, to niedołęstwo, niczem niedające się usprawiedliwić i wytłumaczyć, grzmiał J.
Mam zaledwie 600-800 złotych miesięcznie obrotu
Od razu również J. uciszał głosy tych wszystkich czytelników, którzy pomyśleli: „bogaty, więc poucza”. Nie, J. nie był zamożny i nie wahał się o tym publicznie powiedzieć: może p. Redaktor pomyśli, że jestem jakimś aptekarzem bogatym, inkasującym miesięcznie kilka tysięcy złotych. Gdzie tam. Mam zaledwie 600-800 złotych miesięcznie obrotu, co przy kształceniu syna w mieście powiatowem i rodzinie, składającej się z 5 osób, nie jest sumą zbyt wygórowaną. Ale dodatkowe zajęcie, które nie jest bynajmniej ze szkodą dla apteki, pozwala mi nietylko na jakie takie utrzymanie, ale nawet na pewne przyjemności, nie mówiąc już o obowiązkach, jak prenumerata „Wiadomości Farmaceutycznych”, składka na samolot sanitarny i t. p., od których nigdy się nie uchylam i w przyszłości napewno uchylać się nie będę.
Zakończenie
Dało się zatem inaczej spojrzeć na niełatwy los? Dało się z werwą i silną wolą mocować z życiem? Dało się! J. potrafił, potrafili więc i inni. Wystarczyło chcieć i… nadal wystarczy chcieć, tym bardziej, że apteka w XXI wieku daje bez porównania więcej możliwości, aniżeli sto lat temu i nie trzeba już szukać metod poprawy swojej sytuacji ekonomicznej poza nią. Farmaceuta J. byłby zapewne zachwycony widząc, jak wiele dobrego dzieje się we współczesnych aptekach i z pewnością z zapałem angażowałby się we wszystkie dodatkowe sfery działalności, które umożliwiła wieloletnia praca i usilne starania działaczy zawodowych!
Niech więc ten pełen dobrych emocji, siły i determinacji list naszego kolegi towarzyszy nam w trudnych chwilach i uczy jak przezwyciężać własne słabości, jak walczyć z przeciwieństwami losu. Pamiętajmy: o kolorze, czarnym lub różowym, decyduje najczęściej tylko nasze spojrzenie!
Dr hab. Maciej Bilek, prof. UR







![Europa stawia na farmaceutów. Polak na czele PGEU [WYWIAD]](https://www.aptekarzpolski.pl/wp-content/uploads/2026/04/Europa-stawia-na-farmaceutow-120x86.png)
