Często narzekamy na nasze polskie ustawodawstwo, na zbyt dużą liczbę aktów prawnych i przewlekły proces legislacyjny. Jednak także i w tym wypadku możemy powtórzyć po raz kolejny: „Dawniej było gorzej”! Gwarantujemy, że po lekturze kolejnego „Aptekarskiego wehikułu czasu” wszyscy spojrzą na współczesne problemy nieco życzliwszym okiem, a przy okazji dowiedzą się o sprawie dawno już zapomnianej, o tzw. różnicach dzielnicowych.
Do tej pory, w cyklu „Aptekarski wehikuł czasu”, mieliśmy okazję oglądać dawnych farmaceutów biorących udział w nieudanych konferencjach, narzekających na swój niełatwy los i walczących z nieuczciwą konkurencją. Dzięki artykułom tym okazało się, że problemy polskich aptekarzy sprzed stu lat są w istocie bardzo podobne do naszych współczesnych, co więcej – mogą być nam pomocne, stając się źródłem inspiracji i… otuchy w walce z niełatwą rzeczywistością XXI wieku.
Dzisiaj zapraszamy Czytelników do zapoznania się z anonimowym głosem prasowym zatytułowanym „W sprawie praktyki nowych magistrów farmacji”. Ogłoszony został on w „Wiadomościach Farmaceutycznych” z 11 kwietnia 1926 roku i dotyczył problemów prawnych młodej II Rzeczpospolitej. Ale nie tylko, bowiem niemało miejsca poświęcono w nim przygotowaniu absolwentów studiów farmaceutycznych do… pracy w zawodzie!
Dwie reformy
Zanim jednak zacytujemy „Wiadomości Farmaceutyczne” należy się Czytelnikom kilka słów wyjaśnień, bez których artykuł niniejszy może być niezrozumiały. Otóż studia farmaceutyczne w okresie dwudziestolecia międzywojennego podlegały intensywnym reformom. Zrzucano wówczas jarzmo nie tylko tradycji XIX wieku, w której kształcenie przyszłych aptekarzy wciąż przypominało naukę rzemiosła, ale przede wszystkim pozbyto się ustawodawstwa narzuconego przez dawnych zaborców. Mówiąc w ogromnym uproszczeniu: studia były dotychczas dwuletnie, poprzedzała je praktyka, kandydaci nie musieli posiadać matury, a wymagano wyłącznie ukończenia kilku klas gimnazjum. Absolwenci studiów farmaceutycznych mieli właściwie tylko jedną drogę zawodową, prowadzącą oczywiście do apteki, zaś o karierze naukowej można było myśleć wyłącznie np. na wydziałach chemii. Była to bardzo ponura rzeczywistość, krytykowana zarówno przez środowisko aptekarskie, jak i uniwersyteckie.
Z tego też powodu Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświaty Publicznej, wychodząc naprzeciw powszechnym oczekiwaniom, ogłosiło dwa niezwykle ważne akty prawne. 19 października 1920 r. opublikowany został „Statut Oddziału Farmaceutycznego w Uniwersytetach”, który sankcjonował wydłużenie studiów farmaceutycznych do trzech lat oraz obowiązek posiadania przez kandydatów świadectwa maturalnego. „Statut” obowiązywać miał od roku akademickiego 1920/21 na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Poznańskim, zaś od roku akademickiego 1921/22 na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Wileńskim i Uniwersytecie Lwowskim. Ostatni z wymienionych uniwersytetów odmówił jednak przyjęcia reformy i nauczanie farmacji zostało tam… zlikwidowane.
Z kolei 28 kwietnia 1930 roku wydłużono czas nauczania do lat czterech, zaś działacze zawodowi, kadra dydaktyczna uniwersytetów, a także kandydaci oraz absolwenci odetchnęli i wreszcie z dumą mogli nazwać studia farmaceutyczne – „studiami uniwersyteckimi”, w pełnym tego słowa znaczeniu!
Zawód patrzy na nich z niedowierzaniem
Wspomniany już powyżej anonimowy artykuł zatytułowany „W sprawie praktyki nowych magistrów farmacji” („Wiadomości Farmaceutyczne”, 11 kwietnia 1926 r.), poświęcony był zaskakująco wielu zagadnieniom, poczynając od studiów farmaceutycznych, kończąc na piętnowaniu paradoksów prawnych. Posłuchajmy jego pierwszych zdań: za kilka miesięcy wyjdzie w świat z murów uniwersyteckich już trzecia edycja nowych farmaceutów, którzy, opierając się (…) na statucie Oddziałów Farmaceutycznych, wstąpili na Uniwersytet bezpośrednio po ukończeniu szkoły średniej, przebyli trzyletnie studja, otrzymali dyplomy magistrów farmacji… i chcą pracować w zawodzie.
A na jakie przyjęcie mogli absolwenci liczyć?Zawód patrzy na nich z niedowierzaniem, stwierdzał z rozbrajającą szczerością autor. Magister farmacji, mający słabe pojęcie o recepturze, nieobeznany ze stroną handlową prowadzenia apteki, to żadny nabytek dla aptekarza. Apteki, zwłaszcza wielkomiejskie, chcą pracownika, któryby dziesiątki recept w jaknajkrótszym czasie mógł wykonać, chcą potrosze rutynisty, obznajmionego dobrze z czynnością apteczną. A Uniwersytet?
Nie może kształcić aptekarza-zawodowca
Z pewnością Czytelnicy „Aptekarza Polskiego” pomyśleli, że po tym groźnym zapytaniu przyjdzie czas na porachunki z uczelniami farmaceutycznymi, tak często i dzisiaj obecne w przestrzeni medialnej. Ale czy faktycznie taka krytyka: niedostosowania programu do życiowej praktyki i całkowitego braku rozeznania rynku pracy, pojawiła się w cytowanym artykule? Otóż nie! Posłuchajmy zatem słów, które z powodzeniem można przytoczyć w trzeciej dekadzie XXI wieku, w toczących się obecnie tak burzliwych dyskusjach: Uniwersytet nie może wnikać w sprawy zawodowe, bo nie takie jest zadanie Uniwersytetu. Uniwersytet kształci farmaceutę i daje mu dyplom magistra farmacji, ale przecież nie kształci, nie może kształcić aptekarza-zawodowca. Podobnie i Wydział Prawa nie kształci sędziego, prokuratora, adwokata, skarbowca, kształci tylko… prawnika.
Ale nie w ten sposób…
Jaka to szkoda, że autor artykułu „W sprawie praktyki nowych magistrów farmacji” nie przedstawił więcej swoich refleksji! Z pewnością zacytowalibyśmy je i zadumali się nad ich głębią… Tytuł jednak zobowiązywał i narzucał konkretny cel – a tym było wytknięcie luki prawnej dotyczącej sprawy kwalifikacyj, uprawniających do zarządu aptekami osób, nieposiadających praktyki, odbytej w aptece. Słusznie autor podkreślał, że w sprawie uprawnień magistrów, o których mowa, muszą przemówić władze państwowe, zaznaczał jednak natychmiast, że nie w ten sposób, jak w okólniku z dn. 18 sierpnia 1924 roku. Niestety, ten akt prawny – podkreślał autor – zachowuje różnice dzielnicowe, chociaż nie było nic łatwiejszego, jak tę sprawę ujednostajnić, choćby zgodnie z tendencją przyszłej ustawy aptekarskiej.
Różnice dzielnicowe…
Słowa różnice dzielnicowe dla nas są obecnie całkowicie niezrozumiałe, ale przecież przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego to właśnie z tymi różnicami dzielnicowymi zmagać musiała się młoda II Rzeczpospolita. Przykładowo aptekarze, w zależności od tego na terenie, którego z dawnych zaborów znajdowała się ich apteka, podlegali zupełnie innym ustawom aptekarskim oraz używali innych farmakopei: austriackiej, pruskiej lub rosyjskiej. Dodajmy –: ustawom i farmakopeom opracowanym jeszcze przed I wojną światową lub w XIX wieku! Skutki były opłakane, przykładowo ten sam surowiec farmaceutyczny spełniać musiał zupełnie inne wymogi jakościowe w zależności od terenu dawnego zaboru, co utrudniało tak przecież ważną i oczywistą wymianę handlową pomiędzy różnymi częściami II Rzeczpospolitej.
Do czasu unormowania praktyki aptekarskiej
Chaos ten dotknął oczywiście także i kwestii uprawnień do zarządu aptekami osób, nieposiadających praktyki, odbytej w aptece. Wspomniany powyżej okólnik mówił bowiem, że do czasu unormowania praktyki aptekarskiej, w drodze nowej jednolitej dla całego Państwa ustawy aptekarskiej, sprawa ta „w miarę faktycznej możności” musi podlegać postanowieniom przepisów dotychczasowych. To oznaczało, że w b. zaborze pruskim trzeba po ukończeniu studjów uzyskać w trybie przepisanym tytułu „aprobowanego aptekarza”, zaśw b. zaborze austrjackim odbyć po ukończeniu studjów 5-letnią pracę w aptece. Natomiast w b. zaborze rosyjskim uprawnienie do zarządzania apteką można było uzyskać po 4-letniej praktyce, bo tyle wymagały dawne ustawy: 2 lata praktyki uczniowskiej (…) i 2 lata praktyki pomocnikowskiej.
Półśrodek, (…) wygodny, ale nielogiczny i nieracjonalny
Powstawał w ten sposób absurd prawny i to jego właśnie wytknięcie było zasadniczym celem cytowanego artykułu: nie możemy bardzo tego zrozumieć, dlaczego magister małopolski ma dla pozyskania prawa zarządu praktykować aż 5 lat, a magister z b. zaboru rosyjskiego 4 lata. Chyba tylko dlatego, że tak chcieli zaborcy, żartował autor artykułu, dodając zaraz: ale to jest żadna racja. Kultywowanie przeżytych ustaw w postaci choćby okólników Gen. Dyr. Służby Zdrowia, nie leży chyba ani w interesie Państwa, ani w interesie zawodu. Słusznie zatem zwracano uwagę, że odkładanie tak palącej sprawy do czasu jej unormowania przez ustawę aptekarską jest tylko półśrodkiem, może wygodnym, ale nielogicznym i nieracjonalnyт.
A tymczasem – jak słusznie postulował autor – życie z całą mocą domaga się ujednostajnienia tej sprawy narazie w postaci okólnika ministerjalnego, a nie odkładania jej do ledwie zarysowującego się w przyszłości momentu, kiedy pod obrady Sejmu wejdzie Ustawa Aptekarska.
Zakończenie
O ileż łatwiejsza jest nasza rzeczywistość, prawda? Ta sama farmakopea, te same akty prawne… Narzekając zatem na „dzisiejsze czasy” pamiętajmy o tym, że sto lat temu, w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, mierzyć trzeba było się z zupełnie innymi problemami, obecnie natomiast – są one wspólne i wspólnie możemy je rozwiązywać!
Dr hab. Maciej Bilek, prof. UR




